Wywiad z Marion Burger & Ilanem Cohenem
„Emperor”: poezja afazji
Kraina Afazji ma początek w anegdocie. Kiedy już po udarze ojciec próbował mi coś wytłumaczyć, wskazywał palcem: „bliżej”, „tam”, „tu”. Próbował nawigować jak GPS. Przebywając z nim, czułam, że zaprasza mnie do podążania po mapie nieustannie zmieniającej się krainy. Jego logopedka powiedziała mi po obejrzeniu „Emperora”, że ta praca ją zszokowała, bo dokładnie tak się czuła, próbując wejść w świat pacjentów. Każdy człowiek ma osobistą relację z tym językiem. Każda kraina jest inna.
Izabella Adamczewska-Baranowska: Od „Emperora” zaczęła się wasza miłość.
Marion Burger: – Poznaliśmy się na planie filmu fabularnego. Robiłam scenografię, a Ilan był pierwszym asystentem reżysera. Zakochaliśmy się w sobie i postanowiliśmy pracować razem, bo czuliśmy, że wiele nas łączy.
Ilan Cohen: – Zanim zostaliśmy parą, Marion opowiedziała mi o pomyśle na projekt o swoim ojcu. To było fascynujące, ponieważ podchodziła do niego intuicyjnie i emocjonalnie, na tamtym etapie projekt nie miał jeszcze konkretnego kształtu. Testowaliśmy wspólnie wiele pomysłów i w pewnym momencie wspomniałem o wirtualnej rzeczywistości, ponieważ miałem już doświadczenie z VR-em; napisałem projekt, który wprawdzie nigdy nie powstał, ale miałem go w pamięci. Uznałem, że ta technologia świetnie pasuje do opowieści Marion, która odczuwała silną potrzebę opowiedzenia tej historii. Co do treści nigdy nie było wątpliwości, próbowaliśmy natomiast różnych rozwiązań wizualnych i technicznych, a Marion decydowała na bieżąco, czy są zgodne z jej wrażliwością.
Marion, „Emperor” ma korzenie w twoich osobistych doświadczeniach: twój ojciec miał udar i afazję. Ile miałaś lat, kiedy to się stało?
Marion Cohen: – Miałam 21 lat. Było lato, byłam z rodzicami na wakacjach w Prowansji. To było traumatyczne przeżycie: pewnego dnia mój ojciec po prostu przestał umieć mówić. Jakbym częściowo go straciła. Dopiero kilka lat po tym zdarzeniu zrozumiałam, że nigdy nie miałam z nim dorosłej relacji. Bardzo brakuje mi tego, że nie mogłam poznać ojca jako dorosła osoba. Był – i jednocześnie go nie było. To, że nie mogę się z nim dzielić swoim życiem, uważałam za bardzo niesprawiedliwie. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że muszę coś zrobić, żeby go zrozumieć – jeśli nie uda się werbalnie, to choćby na swój własny sposób. Zaczęłam dostrzegać sygnały i wskazówki. Gromadziłam wiedzę naukową, medyczną – jakbym była dziennikarką. Uczestniczyłam w logopedycznych ćwiczeniach ojca, żeby lepiej zrozumieć, czym jest afazja. Zauważyłam, że komunikuje się za pomocą poetyckich obrazów. Zdarzało się, że w naszych relacjach pojawiał się dzięki temu humor, bo sytuacje bywały kompletnie absurdalne: ojciec mówi rzeczy szalone. Sporo się śmialiśmy. Z czasem zauważyłam, że w jego szaleństwie jest jakaś metoda – źle dobrane słowa mają emocjonalne znaczenie. Jakby próbował się komunikować poprzez wspomnienia.
Czy realizacja „Emperora” pomogła ci zrozumieć ojca? Naprawiła waszą relację?
Marion Burger: – Tak, to było jak terapia. Włożyliśmy dużo pracy w kształtowanie relacji między „ojcem” a „córką” na przestrzeni lat, stopniowo nadając jej bardziej osobisty charakter. Od jakiegoś czasu nie byliśmy sobie bliscy. W wieku dwudziestu jeden lat nie ma się zbyt bliskiej relacji z rodzicami. Dlatego moment, w którym ojciec doznał udaru, był dla mnie szczególnie bolesny. Mimo to tworząc „Emperora” staraliśmy się powstrzymywać od nieustannego eksponowania emocji.
„Emperor” to bardzo intymny projekt o relacji córka-ojciec. Ilan, jaka była twoja w nim rola?
Ilan Cohen: – Byłem terapeutą [śmiech]. Naciskałem na zgłębienie osobistego charakteru historii Marion, żeby stała się bardziej uniwersalna. Ale czasami musieliśmy też odejść od realizmu, aby jak najlepiej zaprezentować historię i emocje widzowi. Szukaliśmy równowagi pomiędzy subiektywnością a uniwersalnością. „Emperor” rozpoczyna się z perspektywy córki, następnie przechodzimy do tego, jak ojciec może postrzegać świat Przez cały czas współtworzyliśmy i współreżyserowaliśmy. Wskazywałem, które fragmenty historii są dla mnie najistotniejsze, a z których można zrezygnować. W efekcie uzyskaliśmy połączenie głębokich, osobistych prawd z odrobiną wyobraźni – znaleźliśmy równowagę, tworząc angażującą narrację i zapraszając widza w emocjonalną podróż.
Marion Burger: – Wstydziłam się dzielić emocjami i bardzo osobistymi przeżyciami. W wielu momentach wydawało mi się, że przesadziłam. W takich przypadkach Ilan mówił mi: „Nie, bardzo mnie to interesuje i chcę o tym usłyszeć”. Współpraca z osobą, która potrafiła zachować obiektywizm, była bardzo pomocna.
Ilan Cohen: – Ponieważ pracowaliśmy w estetyce czerni i bieli, mogliśmy sobie pozwolić na wiele niedomówień, ponieważ użytkownik wypełnia doświadczenie własnymi projekcjami.
Marion Burger: – Na przykład: twarz córki jest rozmazana. Nie chciałam, żeby ta scena była zbyt realna i osobista. Również dlatego, że hiperrealistyczne postacie w VR mają w sobie coś dziwnego – mówi o tym teoria Doliny Niesamowitości.
Podczas festiwalu ZaVRoty prezentujemy również „Turbulence. J’amais vu”, doświadczenie VR o migrenie przedsionkowej. Narratorem jest Ben Joseph Andrews, który na nią cierpi. W przeciwieństwie do niego, Marion, nie prowadzisz użytkowników własnym głosem. Zdecydowaliście się zatrudnić profesjonalnych aktorów. Dlaczego?
Marion Burger: – Potrzebowałam dystansu, żeby móc reżyserować. Poza tym, bardzo trudno jest słuchać własnego głosu. Nie jestem aktorką.
Ilan Cohen: – „Emperor” to nie dokument. Wiedzieliśmy, że VR jest potężnym medium. Dużo rozmawialiśmy o immersyjnej empatii, próbując ją zdefiniować. Zamiast patrzeć oczami innej osoby, fizycznie ucieleśniamy jej punkt widzenia. Niemniej jednak, działa to tylko wtedy, gdy starannie dopracujesz każdy aspekt doświadczenia – dlatego zdaliśmy sobie sprawę, że musimy bardzo ostrożnie reżyserować. Tu właśnie wkraczają profesjonaliści.
W „Emperorze” jest scena, w której córka siedzi przy stole naprzeciwko ojca i czeka, aż on napisze na kartce słowo. Bardzo frustrujące było dla mnie odgrywanie roli ojca próbującego sprostać wymaganiom córki. Może wolałaś zamazać twarz, żeby nie brać na siebie irytacji odbiorcy?
Marion Burger: – Nie, nie, z tym mogę sobie poradzić, bo tak po prostu jest. Potrafię być bardzo delikatna i miła, ale to wciąż mój ojciec…
Ilan Cohen: – Ta historia zafascynowała mnie dlatego, że wydała mi się bardzo uniwersalna. Bez problemu mogłem wyobrazić sobie samego siebie, z własnymi, starymi już, rodzicami, jeszcze bardziej zmęczonego i zdezorientowanego. W pewnym momencie role się odwracają. Pomyśl o rodzicach, których musisz instruować przez telefon, kiedy mają problem z internetem lub komputerem: doprowadzają cię do szaleństwa. Wszyscy tak mają! Najłatwiejszym sposobem na immersyjne wywołanie empatii było postawienie widza w sytuacji osoby sfrustrowanej, coraz bardziej zniecierpliwionej.
Marion Burger: – Życie z osobami z afazją jest trudne. Trzeba być cierpliwym, naprawdę cierpliwym. Wielokrotnie wyobrażałam sobie, jak bardzo sfrustrowany musi być mój ojciec, jak bardzo bywa na siebie zły. Tkwienie w takich emocjach sprawia, że zmienia się osobowość: ciągle z czymś walczysz, a twoja strategia nie działa, mimo, że robisz to, co wydaje ci się słuszne. Trudno mi było to wytłumaczyć, więc zaproponowaliśmy w „Emperorze” wykonanie ćwiczenia, które pozwoli odbiorcy postawić się w sytuacji człowieka cierpiącego na afazję. Taka osoba uważa, że używa właściwych słów i frustruje ją to, że ludzie jej nie rozumieją.
Powinniśmy wyjaśnić czytelnikom, czym jest afazja.
Ilan Cohen: – Istnieje kilka rodzajów afazji, ale generalnie chodzi o uszkodzenie filtra językowego. Zazwyczaj osoba z afazją poprawnie dekoduje, ale ma problemy z kodowaniem. Formułując myśl, używa niewłaściwych słów, a jednocześnie nie jest tego świadoma. Tak rozpoczyna się tracenie zdolności komunikowania się z ludźmi, ponieważ jeśli człowiek się nie postara, jest coraz gorzej.
W „Emperorze” najbardziej podoba mi się to, że przedstawiacie problemy językowe jako działanie artystyczne. Myląc słowa, ojciec odkrywa poetycką funkcję języka, tworzy metafory. Jednym z przykładów jest kaczka. To osobista historia: Marion, towarzyszyłaś ojcu podczas terapii logopedycznej. Kiedy dostał kartkę z obrazkiem kaczki, zamiast wypowiedzieć odpowiednie słowo, wskazał na ciebie. To zdezorientowało terapeutkę. Dlaczego skojarzyłaś się ojcu z kaczką?
Marion Burger: – Po francusku „kaczka” to „un canard”. Ale to słowo wskazuje również na czynność zanurzania cukru w kawie. Kiedy byłam dzieckiem, mieszkaliśmy blisko morza. Ojciec zawsze zamawiał na plaży kawę, a ja prosiłam, żeby pozwolił mi zanurzyć w niej cukier. Pewnego dnia, lata później, obserwowałam ojca w trakcie pracy z logopedką. Kazała mu wykonać ćwiczenie: musiał zgadnąć słowo „kaczka”. Ale zamiast mówić o „ptaku” czy „zwierzęciu”, wskazał na mnie i zaczął mówić o plaży i o kawie… Logopedka była zdezorientowana. Udało mi się zrozumieć ojca dzięki wspólnemu wspomnieniu! To było tak, jakby nawiązywał ze mną emocjonalną więź…
„Emperor” jest tłumaczony na angielski i niemiecki. Zachowanie gier językowych w przekładzie musiało być trudne.
Marion Burger: – Na szczęście Ilan jest dwujęzyczny. Pomógł przełożyć tekst tak dokładnie, jak to było możliwe.
Ilan Cohen: – Przez wiele lat byłem tłumaczem filmowym, dorastałem z obydwoma językami. Wolimy mówić o „adaptacji”, niż o „tłumaczeniu”. Czasami trzeba się oddalić, żeby się do czegoś zbliżyć. Użyć słów, które wywołują podobne wibracje i pozwalają zrozumieć konkretne doświadczenie, nawet jeśli nie jest to to samo zdanie ani ten sam obraz. W przykładzie z „kaczką” mieliśmy sporo szczęścia, ponieważ po angielsku słowo „kaczka” i czasownik „zanurzać” brzmią bardzo podobnie – więc kazaliśmy dziewczynce powiedzieć „Tato, czy mogę zanurzyć cukier?” i to idealnie pasowało…
A o co chodzi z hybrydą ryby i butelki wina?
Marion Burger: – Po francusku „vingt-huit” („28”) może brzmieć bardzo podobnie do „wine-trout”, jeśli tylko pomiędzy dwoma słowami wypowie się „r”. To też sytuacja z terapii logopedycznej. Postanowiliśmy ją wykorzystać w „Emperorze” jako dobry przykład absurdalnej poezji afazji. Liczba staje się nagle hybrydą butelki i ryby.
Metafory są w „Emperorze” wizualizowane. W jednym z wywiadów wyjaśniałaś to tak: „Używamy przedmiotów jak słów. Tworzymy je w taki sposób, w jaki mój ojciec wymyśla słowa: łącząc jedno z drugim”. Wizualizacja metafor była konieczna, bo nie opiera się wyłącznie na języku, lecz na doświadczeniu VR, ale być może wpływ na tę decyzję miało też to, że jesteś scenografką i myślisz obrazami.
Marion Burger: – Chcieliśmy odejść od realizmu, przesunąć ten problem w inną sferę. Ale masz rację, myślę obrazami. Zanim zaczęłam pisać ten projekt, zrobiłam serię zdjęć i połączyłam je. Z metaforami jest podobnie.
Ilan Cohen: – Bardzo ważny jest też kolejny krok: musieliśmy znaleźć sposób na radzenie sobie z językiem za pomocą wzroku i gestów, ponieważ tymi narzędziami dysponowaliśmy. Oprócz dźwięku i wizualizacji mieliśmy dodatkowy wymiar, jaki daje VR, czyli gesty, które pomogły nam przybliżyć wrażenia związane z niepełnosprawnością. Próba komunikacji bohatera „Emperora” zaczyna się od nauki pisania, a kończy na używaniu dłoni. To bardzo trafne odzwierciedlenie tego, przez co przechodził ojciec Marion. Był tak sfrustrowany niemożnością wysłowienia się, że wciąż gestykulował. Nie próbuje już mówić. Komunikuje się bez słów.
Jakby używał wizualnego słownika.
Ilan Cohen: – To tak, jakby wszystko wokół mogło być użyteczne.
Zadałam to pytanie, bo widziałam zdjęcie biurka Marion, które zrobiła, gdy zaczynała pracę nad „Emperorem”. Wyglądało to jak instalacja artystyczna – mnóstwo wizualnych skojarzeń, napięcie tworzące się między zdjęciami i rysunkami.
Marion Burger: – Muszę stworzyć tożsamość historii, ponieważ jestem przyzwyczajona do czytania scenariusza, a potem budowania światów wokół słów. Ale czasami znajduję jeden obiekt, naprawdę koncepcyjny, który staje się główną ideą, symbolem.
W „Emperorze” jest nim…
Marion Burger: – … ręka wskazująca drogę. Tak kończymy projekt. Dłoń jest symbolem nawiązania kontaktu. Najcieplejsza i najsilniejsza więź, jaką mam z moim ojcem, tworzy się, gdy dotykam jego dłoni. Nie jest zbyt wrażliwy i emocjonalny, ale kiedy łapie mnie za rękę, wywołuje bardzo silne emocje, bo wiem, że nie może nic powiedzieć.
Podoba mi się sposób, w jaki wprowadzacie do fabuły instrukcje dla osoby, która doświadcza „Emperora”. Użytkownik uczy się obsługi świata w trakcie doświadczenia, stopniowo eksplorując interaktywność. Zagłębiając się we wspomnienia ojca-bohatera, stopniowo odzyskuje kontrolę nad własnym ciałem.
Ilan Cohen: – Tak, to była świadoma decyzja: stopniowe uwalnianie interaktywności. Zaczynasz doświadczenie w teraźniejszości, jako osoba fizycznie niesprawna i niezdolna do swobodnego działania, i krok po kroku odblokowujesz możliwości, bo kolejne wspomnienia bohatera dają ci nowy zestaw narzędzi: jazda na saniach, wstawanie i wyciąganie zakopanych w piasku przedmiotów, teleportacja… Chcieliśmy, aby uczestnictwo w doświadczeniu nagradzało uczestnika nowymi funkcjami w miarę postępów w jego przebiegu.
Dlaczego zdecydowaliście się na wykorzystanie toposu podróży, a afazja przedstawiona jest jako kraina? Czytałam różne memuary osób cierpiących na afazję, bardzo często doświadczenie odzyskiwania możliwości komunikacji przedstawiane jest właśnie w taki sposób: jako przecieranie szlaków.
Marion Burger: – Nie natknęłam się na wykorzystanie tego pomysłu w innych tekstach. Kraina Afazji ma początek w anegdocie. Kiedy już po udarze ojciec próbował mi coś wytłumaczyć, wskazywał palcem: „bliżej”, „tam”, „tu”. Próbował nawigować jak GPS. Przebywając z nim czułam, że zaprasza mnie do podążania po mapie nieustannie zmieniającej się krainy. Jego logopedka powiedziała mi po obejrzeniu „Emperora”, że ta praca ją zszokowała, bo dokładnie tak się czuła, próbując wejść w świat pacjentów. Każdy człowiek ma osobistą relację z tym językiem. Każda kraina jest inna.
Logopedka opowiedziała mi, że pracowała z autystycznym dzieckiem, które schowało się pod stołem. Towarzyszyła mu tam i czekała, aż wyjdzie. Wchodziła w jego świat, próbując wyciągnąć go na zewnątrz. Powiedziała mi, że czasami ludzie są daleko, jakby zagubieni w lesie, a jej zadaniem jako terapeutki jest próba przybliżenia ich do polany. Zrozumiałem, że dokładnie to samo dzieje się z moim ojcem. Jest całkiem zagubiony. Teraz, jako stary człowiek, nie chce już opuszczać miejsca, w którym się znajduje, i rozmawiać. Jest zagubiony w lesie.
Z twojej perspektywy to podróż do obcego kraju. Ale z perspektywy twojego ojca to wyprawa bohaterska: musi odnaleźć siebie w nowych okolicznościach. Czytałam kilka badań medycznych na temat tego, jak osoby z afazją metaforyzują swoje nowe życie. Najczęściej pojawia się temat podróży i bitwy. Czy zatytułowaliście doświadczenie „Emperor” właśnie z powodu walki?
Marion Burger: – Wyjaśniamy to pod koniec doświadczenia. Pewnego razu, kilka miesięcy po udarze, ojciec zaczął krzyczeć w domu: „Emperor! Emperor!”. Zastanawiałyśmy się z mamą, co chce nam przekazać. Nie rozumiałyśmy, a on wciąż krzyczał. Myślałam, że zwariował, bałam się. Ale po jakimś czasie zaczęłam myśleć o tym zdarzeniu jako o czymś zabawnym. Kiedy wspominam tę chwilę, myślę, że próbował kontrolować swój świat. Zawsze był autorytarnym mężczyzną, po udarze też nie chciał stracić kontroli. Pragnął być częścią świata, decydować, czego chce i jasno to komunikować. Jeśli nadal chciał mieć władzę, pozostało mu wskazywanie palcem...
Myślałam o „Emperorze” w kontekście wspomnienia o ojcach i córkach, a także o ojcach z perspektywy córek. Motyw władcy jest bardzo częsty, na przykład w książce Susan Faludi „W ciemności”, albo w „Królu Warmii i Saturna” Joanny Wilengowskiej.
Marion Burger: – Kiedy jesteś dzieckiem, ojciec wydaje ci się posągowy, solidny, niezniszczalny. Do mojego autorytarnego ojca słowo „cesarz” bardzo pasowało. Mieliśmy tytuł, zanim rozpoczęliśmy projekt. To był pierwszy krok. Lubimy mieć jasną koncepcję, ponieważ to nam wskazuje kierunek. W tej metaforze zawierają się już zarysy scenografii: ruiny, które można powiązać z cesarzem. Ale z drugiej strony, jest w tym trochę realizmu, ponieważ mój ojciec fascynował się archeologią. Podróżował z moją matką, oglądając ruiny w różnych miejscach Grecji i Włoch. Wszystko jest więc ze sobą powiązane. Staraliśmy się wykorzystywać jak najwięcej informacji biograficznych, ponieważ umożliwiało to większe zaangażowanie emocjonalne. Łatwiej było ukazać uniwersalną prawdę.
Początkowo próbowaliśmy posługiwać się fikcją, ale nie czuliśmy się w tej konwencji pewnie. Jakby coś się gubiło. Dopiero kiedy wyszliśmy od życiowego konkretu, który przełożyliśmy z dokumentu na poetycką interpretację, powróciło wrażenie autentyzmu. Podam przykład: mój ojciec był wojskowym, co oczywiście również kojarzy się z władzą. Był spadochroniarzem, dlatego mamy taką scenę w „Emperorze”, który kończy się zresztą jego zdjęciem ze spadochronem. Wszystkie kadry nawiązujące do obecnych w tym doświadczeniu szczegółów są zaczerpnięte z życia.
Kiedy zaczynaliśmy pracę nad projektem, uświadomiliśmy sobie, że próbujemy odpowiedzieć na pytanie, co zostaje z życia człowieka, gdy nie jest już w stanie dzielić się nim z innymi. Zostają wspomnienia i – w tym przypadku – ich interpretacja przez osobę, która jest nimi zainteresowana. W „Emperorze” próbujemy pokazać więzi, które pozostają, gdy zaczyna brakować języka. Wciąż mam kontakt z ojcem, chociaż werbalnie się nie porozumiewa – łączą nas wspólne wspomnienia. Dlatego w tym doświadczeniu powracamy do jego dzieciństwa, a potem odkrywamy go najpierw jako młodego dorosłego, a następnie jako ojca.
Opowiedz trochę więcej o swojej relacji z ojcem i o tym, jak tworzenie „Emperora” was zbliżyło.
Marion Burger: – Jak wielu nastolatków, byłam z ojcem w konflikcie. O wiele bliżej byłam z matką. Dlatego kiedy doszło do udaru, poczułam, że straciłam szansę na prawdziwą relację z ojcem. W ogóle nie mówił mi o swoich uczuciach i życiu. Nie dzielił się ze mną wrażeniami. Kiedy zaczęłam pracować nad „Emperorem”, zapytałam, czy się na to zgadza. Wyjaśniłam, że robię to dla niego, ale że zamierzam opowiedzieć o mojej wizji jego osoby, przede wszystkim o własnych reakcjach na to, co się wydarzyło. Dał mi znać, że rozumie i wyraził zgodę, ale kiedy chciałam przeczytać mu scenariusz, nie chciał słuchać. Myślę, że nie podobało mu się to, że znalazł się w centrum uwagi. Pokazywał nam, że cieszy się z postępów nad projektem, ale nigdy nie chciał wiedzieć o nim zbyt wiele. Nie widział „Emperora”, ale myślę też, że nie byłby w stanie wejść w interakcję. Pogodziłam się z tym, że nie będę miała dorosłej relacji z ojcem, ale nauczyłam się cieszyć drobiazgami, kiedy jesteśmy razem.
W „Emperorze” mamy trzy perspektywy: ojca, córki i użytkownika. Dlaczego?
Ilan Cohen: – Planowaliśmy dwie, ale oczywiście można też mówić o perspektywie odbiorcy. Przede wszystkim próbowaliśmy wniknąć w umysł ojca Marion, ale nie ukrywając, że to jej rekonstrukcja.
Marion Burger: – Tak, mogę mówić wyłącznie za siebie. Nigdy nie dowiem się, co ojciec czuje, co dokładnie widzi. To tylko zgadywanie. Perspektywa córki była nam potrzebna do zachowania realizmu. W tym doświadczeniu immersyjnym, wkraczamy w świat widziany oczami mojego ojca. Kiedy zagłębiamy się w jego umysł, widzimy jego dłonie, a potem lądujemy w jakimś surrealistycznym miejscu. Ale na końcu chcieliśmy wrócić do córki, żeby zakończyć sugestią, że wszystko, co jest przedstawione w „Emperorze”, to jej domysły. Nigdy nie dowiemy się, co naprawdę czuje inna osoba.
Ilan Cohen: – Pytanie o trzeci punkt widzenia wynika z braku czwartej ściany, ale, w przeciwieństwie do teatru, w doświadczeniu VR to użytkownicy stają się aktorami. Z perspektywy inscenizacji to bardzo ciekawe narzędzie, można się nim pobawić. Myślę, że nasze podejście do tego zestawu narzędzi jest powiązane z tym, jak postrzegamy sztukę w ogóle. Uważamy interaktywność za wartość. Nie tylko tą fizyczną, również metaforyczną: naszym zdaniem pozostawienie widzowi luk do wypełnienia jest z natury bardzo interaktywne. Widz musi wówczas włożyć wysiłek w dokończenie obrazu. To sprawia, że nawiązuje głębszą i bardziej osobistą relację z doświadczeniem. Zanurzenie w niedoskonałym przedstawieniu rzeczywistości wzmacnia twój związek z tematem dzieła sztuki. Dlatego staraliśmy się unikać nadmiernej szczegółowości i zbyt oczywistych obrazów. Skłaniamy raczej odbiorców do rozejrzenia się dookoła i samodzielnego nawiązania powiązań z otoczeniem. W tym sensie można mówić o trzecim punkcie widzenia. Oczywiście nie mamy nad nim pełnej kontroli, ale jakąś mamy, bo zaprojektowaliśmy przecież sposób, w jaki odbiorca wchodzi w interakcję. Bardzo szkicowe i minimalistyczne podejście do scenografii było sposobem na zachowanie nie tylko intymności historii Marion, ale także na uczynienie doświadczenia bardziej osobistym dla każdego widza.
Bardzo intensywne, jakby w kontraście do subtelności rozwiązań, o których mówisz, są dźwięki wiolonczeli.
Ilan Cohen: – „Emperor” porusza trudny temat, dlatego byliśmy bardzo wrażliwi na operowanie ładunkiem emocjonalnym. Niedokończenie, szkicowość obrazów sugeruje, że umysł ojca jest w ciągłym ruchu, pracuje. Ale to, że odbiorca przebywa w świecie, który jest konstrukcją w procesie, tworzy też dystans. Temu służy również monochromatyczność. Testowaliśmy różne dźwięki, zwracając uwagę na koordynację ciszy z białą przestrzenią, w której zanurza się odbiorca. W tak surowym otoczeniu łatwiej kontrolować, na co zwracamy uwagę, a także kształtować ton, na przykład humor: odbiorca czeka na to, co ma się wydarzyć, ale zazwyczaj nie jest gotowy na to, że będzie to coś zabawnego. Wykorzystaliśmy paletę narzędzi, które pomogły nam kontrolować atmosferę doświadczenia i regulować uwalnianie emocji. Nie chcieliśmy wpaść w pułapkę sentymentalizmu.
Wracając do muzyki, mieliśmy dwóch bardzo utalentowanych muzyków, Jamiego Freemana Turnera i Gaspara Clausa. Gaspar jest wiolonczelistą, a wiolonczela to, jak zauważyłaś, bardzo intensywny instrument. Chociaż jej dźwięk obecny przez całe doświadczenie, to nie muzyka, raczej sposób projektowania krajobrazu audialnego – aż do samego końca, kiedy prawdziwe emocje zostawiamy na finał.
Kto wykonał rysunki?
Marion Burger: – Dyrektor artystyczny Daniel Balage. Przyszliśmy do niego z bardzo precyzyjnymi tablicami inspiracji i odniesieniami. W tamtym czasie nikt nie zajmował się tego typu projektowaniem. Reakcją na nasze szkice węglem było niedowierzanie i sugestia, że pewnie będziemy musieli zmienić zdanie, Ale nie mogliśmy sobie tego wyobrazić inaczej. Byliśmy bardzo zdeterminowani, żeby zwizualizować projekt w ten właśnie sposób, chociaż opór był spory – wszyscy mówili, że jest za biało.
Ilan Cohen: – Jest naprawdę biało. Wszystko w VR na tamtym etapie było bardzo ciemne. Ale mieliśmy rozwiązanie – nasza biel bazowa składa się w rzeczywistości tylko w 60% z bieli. Oczywiście nie zmienia to faktu, że scenografia nadal jest bardzo jasna. Twoje oko, na podstawie kontrastu, i tak uzna tę biel za czystą. Ale aż tak nie oślepia, nie jest agresywna dla oczu. Czujesz, jakbyś był zanurzony w bieli – a tak naprawdę tkwisz w szarości. VR jako medium pociąga mnie również dlatego, że można rzucić wyzwanie każdej zasadzie. Wciąż jest miejsce na eksperymenty.
Marion Burger: – Kiedy zaczynaliśmy pracę i upieraliśmy się przy czerni i bieli, rysunki miały być tworzone za pomocą linii. To w ogóle nie działało w 3D na Queście, efekt był nienaturalny. Było to bardzo trudne również dlatego, że Quest nie ma przezroczystości, a chcieliśmy środowiska pary, dymu, mgły. Było wiele wyzwań technicznych.
Przypomniałam sobie, jak na zajęciach z rysunku nauczyciel wyjaśniał działanie światłocienia. Zaproponowałam Danowi, dyrektorowi artystycznemu, żebyśmy zaczęli używać cieni. Zrezygnowaliśmy z linii i zaczęliśmy tworzyć tekstury dla cienia, który zyskiwał objętość i powstawał obiekt. Doszliśmy do finalnej estetyki, skupiając się na teksturach, które nie są wykończone. To możliwe w 3D, ponieważ mamy objętości, więc można rzutować sztuczne światło, żeby ustalić, gdzie powinien padać cień. Kiedy rysunek na teksturze jest gotowy, sztuczne światło można usunąć, a efekt objętości pozostaje. Nie usuwaliśmy wszystkiego, żeby wywołać efekt inwersji. Zamiast widzieć szczegóły, patrzysz na cienie i wyobrażasz sobie detale.
Cień w „Emperorze” ma też znaczenie symboliczne: buduje przestrzeń liminalną. Głębsze znaczenie ma też pustynia.
Marion Burger: – Pustynia symbolizuje stratę i samotność, w której tkwi mój ojciec. Stworzyliśmy krajobraz o różnych teksturach: piasku, śniegu, wody, w zależności od wspomnienia, które jest przywoływane i przeżywane.
Ilanie, wspomniałeś o tym, że biel nie powinna być agresywna. Myślę, że w przypadku „Emperora” taka właśnie powinna być, ponieważ jest to rodzaj doświadczenia, który musi sprawiać trudności. Biała plama powoduje dezorientację – i słusznie.
Ilan Cohen: – Biel jest neutralna. W zależności od sceny bywa agresywna, innym razem uspokaja. Efekt podbija muzyka – groźna, innym razem kojąca. „Emperor” opowiada o znikaniu – i temu też sprzyja zastosowanie bieli, która wszystko rozmywa i odsyła do wspomnień. Dlatego przywołujemy śnieg, ale też piasek. To była fajna zabawa.
Marion Burger: – Nie chcieliśmy przestraszyć odbiorcy, tylko wywołać niepokój. Jeden z moich wujków poczuł się na tyle nieswojo, oglądając „Emperora”, że po prostu nie chciał być w tej przestrzeni. Ale on ma bardzo specyficzną psychologiczną więź z moim ojcem. Surrealistyczna wizja, znikające tło – to go przeraziło.
Ilan Cohen: – W tym czasie przyglądaliśmy się innym projektom w VR. Niektóre z nich przytłaczały szczegółami.
Tak, i to rozprasza. Trudno się skupić na historii, gdy wokół dzieje się zbyt wiele.
Ilan Cohen: – Dokładnie. Utrzymywanie skupionej uwagi widza w VR to wyzwanie.
Czytałam wywiad, w którym powiedziałeś, że odbiorcy szybko się wyłączają i przestają słuchać. Żyjemy przecież w kulturze wizualnej.
Ilan Cohen: – W VR mózg od razu chce się bawić. Doświadczenia, które nie dają przez dłuższy czas możliwości interakcji, frustrują. Pracując nad „Emperorem”, musieliśmy pamiętać o tym, że mamy do opowiedzenia długą historię. Dlatego denerwowaliśmy się, jak zostanie przyjęta nasza praca, którą rozpoczyna rozbudowana fabuła, bez możliwości interakcji. Wymyśliliśmy, żeby menu i napisy końcowe były interaktywne – dzięki temu odbiorca może zacząć od małych działań. To taka obietnica, że później wrócimy do zadawania widzowi zadań, a tymczasem umysł powinien skupić się na wejściu w opowieść. Myślę, że to było pomocne, bo zawsze istnieje pokusa, by się poruszać, coś podnosić. Jeśli ktoś opowiada ci coś bardzo emocjonalnego, a ty w tym momencie się bawisz, to to prostu nie działa.
Czy zagłębialiście się w to jak funkcjonuje pamięć? Pytam o to, ponieważ myślę o strukturze „Emperora”. Jest scena terapii, po której następują wspomnienia z dzieciństwa, studiów, a potem dorosłości. Czy w tej pozornie chaotycznej strukturze kryje się jakiś ukryty sens?
Marion Burger: – Przeglądaliśmy wyniki badań z zakresu neuronauki, ale przede wszystkim uważnie obserwowałam ojca. Zauważyłam, że używał słów związanych z naszymi wspólnymi wspomnieniami, by do mnie trafić. Uświadomiłam sobie, jak bardzo nasze użycie słów jest uwarunkowane osobistymi doświadczeniami i konotacjami, jakie im nadajemy. W „Emperorze” staramy się zrozumieć, kim jest ten człowiek, który ukryty jest za maską ojca. Kim był przed udarem. Z pomocą córki stopniowo odtwarzamy jego wspomnienia – od dzieciństwa na sankach w Wogezach, przez egzamin maturalny z filozofii, pierwszy skok ze spadochronem, który wykonał jako młody żołnierz, aż po narodziny córki i jej dorastanie… Wszystko dzieje się szybko, za szybko. Widać ich dystans i zanikającą więź: nieodsłuchane wiadomości na automatycznej sekretarce, nieodebrane połączenia… Aż do tego sierpniowego dnia, kiedy nadszedł udar – trzęsienie ziemi, które wszystko zmieniło.
„Emperor” składa się z trzech części. W ostatniej odtwarzamy wspomnienia ojca i rekonstruujemy jego punkt widzenia, w symboliczny i surrealistyczny sposób.
Jakimi refleksjami dzielili się odbiorcy „Emperora”?
Ilan Cohen: – Reakcje były różne, niektóre bardzo emocjonalne. Oczywiście wiedzieliśmy, że „Emperor” będzie angażował uczuciowo, ale nie spodziewaliśmy się, że aż tak. Zrozumieliśmy, że ta pozornie osobista historia dotyczy bardzo wielu osób, które przeszły przez to samo z rodzicami. Niekoniecznie przez afazję, to mogą być różne problemy medyczne, np. Alzheimer. Albo po prostu starzenie się… Już sam fakt współdzielenia doświadczeń był dla nich bardzo emocjonujący, a do tego dochodzi jeszcze moc VR jako medium, znacznie bardziej angażującego niż klasyczne kino. W trakcie doświadczenia użytkownicy pracują ciałem, na końcu są po prostu wyczerpani emocjami. Tak działa empatia immersyjna. Właśnie dlatego dołączyłem do Marion: wierzyłem, że to historia, którą warto przeżyć w VR.
Chcielibyście, żeby „Emperor” był doświadczany przez osoby pracujące w ośrodkach medycznych.
Ilan Cohen: – „Emperor” przypomina użytkownikowi o złożonym życiu wewnętrznym osób, które wydają się wyłączone z życia. To właśnie odkryliśmy podczas produkcji. Kiedy szukaliśmy finansowania, na przykład w branży ubezpieczeniowej, rozmawialiśmy z kilkoma lekarzami. Byli podekscytowani tym pomysłem. To oni mówili, że lekarzom zdarza się utrata wrażliwości – jeśli są pochłonięci pracą, tracą z oczu człowieka stojącego za pacjentem.
Marion Burger: – Dużo o tym teraz myślę. Moja mama nadal opiekuje się ojcem, ale z wiekiem jest jej coraz trudniej. Być może będziemy musieli oddać go do domu opieki. Ktoś z taką osobowością, z tak ciekawą historią, nie będzie w stanie nawiązać w takim miejscu kontaktu z nikim. Będzie bardzo samotny.
Największy problem z tego rodzaju niepełnosprawnością polega na braku kontaktu z ludźmi. Ojciec chciałby nadal być kimś wyjątkowym, a nie tylko ciałem…
Co było najtrudniejsze w tworzeniu „Emperora”?
Ilan Cohen: – Wiele rzeczy… Wirtualna rzeczywistość jest skomplikowana i bardzo frustrująca. Kiedy zaczynaliśmy pracę, nie wiedzieliśmy zbyt wiele o tym medium.
VR to awangarda XXI wieku. Powiedziałeś w jednym z wywiadów, że – w porównaniu z filmem – to jak Dziki Zachód dla pionierów.
Ilan Cohen: – Wciąż jest wiele rzeczy do sprawdzenia i zobaczenia po raz pierwszy. Problem niemożliwy do rozwiązania kilka tygodni później może przestać być problemem. Uwielbiamy eksperymentować! Największą przeszkodą było to, że kiedy tworzyliśmy „Emperora”, profesjonaliści zalecali Oculus Quest. To było duże ograniczenie w porównaniu z korzystaniem z bardziej wydajnego systemu. Nie wszystkie pomysły dało się zrealizować, musieliśmy rozwiązać wiele problemów, optymalizować i pójść na kompromisy.
Marion Burger: – Interakcja dłońmi była na początku trudna, ponieważ nie znaliśmy dobrze technologii, a gesty, które zaprojektowaliśmy, miały być subtelne i czułe.
Czy pracujecie teraz nad nowym doświadczeniem VR?
Marion Burger: – Po ukończeniu „Emperora” poczułam pustkę. Praca nad tym doświadczeniem trwała pięć lat, była bardzo osobista i wiązały się z nią silne emocje. Musiałam to wszystko przetrawić, a potem sprawdzić, czy jestem w stanie zrobić coś nowego. Ale mam już zalążek pomysłu, który chciałbym rozwinąć. Nie zdecydowałam się jeszcze na formę, musi pasować do tematu.
Ilan Cohen: – Mam inne projekty, niekoniecznie związane z VR. Owszem, był pomysł związany z VR, ale uzyskanie finansowania okazało się skomplikowane. Wierzymy w projekty, które powstają z artystycznej potrzeby. Jeśli czujesz, że coś jest ważne i prawdziwe, znajdujesz dla tego odpowiednie medium. Wybraliśmy VR ze względu na projekt, a nie ze względu na samo medium. Mój najnowszy pomysł to gra wideo. Tak naprawdę chodzi o przekształcenie pomysłu w doświadczenie, które użytkownik może przeżyć – zobaczyć, poczuć, usłyszeć, odtworzyć w umyśle. To samo dzieje się, gdy piszesz scenariusz, reżyserujesz film, grasz sztukę, czy projektujesz dzieło architektoniczne. Kolejny wspólny projekt możemy zrealizować w każdym medium.