Wywiad z Ondřejem Moravcem

„Darkening”: potwór depresji

Początkowo potwór depresji miał przypominać istotę kojarzącą się z pająkiem i ośmiornicą, stworzenie z wieloma mackami, które mogą z łatwością cię dosięgnąć i pochwycić, a może nawet wchłonąć. Inspirowałem się dementorem z „Harry'ego Pottera”. Zanim zrealizowałem „Darkening”, nie próbowałem wizualizować swojego demona. Dziś, kiedy jestem w kiepskim stanie umysłu, wyobrażam sobie chorobę dokładnie tak, jak ją stworzyłem na potrzeby doświadczenia VR. Nadanie ciemności kształtu ma działanie terapeutyczne.


Izabella Adamczewska-Baranowska: Zacznę od prowokacyjnego stwierdzenia. Depresja nie jest grą, a „Darkening” to rodzaj wyprawy: trzeba pomóc bohaterowi w pokonaniu potwora. 

Ondřej Moravec: – Pewnie, depresja nie jest grą, ale „Darkening” też nią nie jest, a przynajmniej w ścisłym tego słowa znaczeniu. Projektując grę, ustalasz konkretne zasady: gracz musi zebrać rekwizyty, aby osiągnąć jasno określone cele. „Darkening” na tym nie polega. Są oczywiście w tym doświadczeniu elementy gry, na przykład sterowanie głosem, aby dopingować ścigającego się na hipodromie konia lub spłoszyć demona, ale myślę, że właśnie taki jest cel medium immersyjnego: wciągnąć widza w fabułę. Różni autorzy stosują różne metody. Zdecydowaliśmy się na wykorzystanie głosu, ponieważ terapia oddechowa była dla mnie – i nadal jest – bardzo ważnym sposobem radzenia sobie z depresją. Chciałem, żeby uczestnicy doświadczenia mieli szansę sprawdzenia, jak ta metoda na nich działa. 

„Darkening” kojarzy mi się z bajką terapeutyczną. Nie wiem, czy znasz teorię Brunona Bettelheima. W 1976 roku opublikował książkę „Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni”, w której zaproponował freudowską analizę baśni. Twierdzi, że pomagają one dzieciom poradzić sobie z problemami egzystencjalnymi, na przykład koją lęki. Co sądzisz o tym porównaniu? Czy myślałeś o „Darkening” jako o bajce terapeutycznej? 

– Nie.

Ale „Darkening” to bez wątpienia rodzaj baśni. Użytkownicy wchodzą wraz z bohaterem do lasu, w którym skrywa się potwór. Używasz motywów zaczerpniętych z baśni, inscenizujesz podróż bohatera. 

– Tak, „Darkening” jest baśniowe, ale chociaż uwielbiam baśnie i nadal je czytam, nie nazwałbym tego doświadczenia w ten sposób. Wybrałem las jako jedną ze scenerii, bo to w nim działy się ważne rzeczy w moim życiu, a potem umieściłem tam kilka wyobrażonych scen, ale tak naprawdę w tej pracy ukazuję swój wewnętrzny świat. Spotkałem się z opiniami, że prezentuję depresję w sposób zbyt łagodny. To dlatego, że naszym celem nie było straszenie, tylko przybliżenie stanu umysłu. Nazwałbym „Darkening” opowieścią z elementami baśni. 

Zastanawiam się nad tym, co powiedziałaś na temat Bettelheima – czy nie jest tak, że wszystkie znane nam historie wykorzystują podobne wątki i motywy? Opowiadamy historie, aby poradzić sobie z tym, co dzieje się w naszym życiu. 

„Darkening” to także rodzaj wizualnego memuaru, do którego zapraszasz innych. 

– Kiedy myślę o pamiętnikach, wyobrażam sobie bardzo szczegółowe narracje, opowieści o całości życia danej osoby. „Darkening” nie jest tego rodzaju dokumentem. 

Memuar nie musi być relacją z całego życia. Powstają memuary o różnych sytuacjach egzystencjalnych i stanach, m.in. właśnie o depresji. Nie nazywałeś „Darkening” memuarem?

– Nie posługuję się tym terminem. 

Ale zgodzisz się chyba, że jest to świadectwo. 

– Tak. Opowiadam o własnych doświadczeniach, ale ważny jest cel. Często jestem pytany, czy tworzenie „Darkening” miało być rodzajem autoterapii. Odpowiadam, że nie, bo od lat chodzę na terapię, więc jestem już w procesie. Zależało mi na podzieleniu się konkretnym doświadczeniem i uświadomieniu innym, na czym polega depresja. Ale ostatecznie, choć nie taki był mój zamiar, opowiedzenie o własnych zmaganiach z tą chorobą było jednak autoterapeutyczne. Nie zdawałem sobie na przykład sprawy z tego, że tworzenie „Darkening” będzie wymagało ode mnie takiego obnażenia się. Poziom intymności tej pracy był zaskoczeniem dla mnie samego, w pewnym momencie się wręcz tego przestraszyłem. To typowe: wiele osób boi się opowiadać o problemach ze zdrowiem psychicznym, bo przeczuwa, że społeczeństwo może je odrzucić. Kiedy „Darkening” było już gotowe i pojawili się pierwsi widzowie, dokonałem miłego odkrycia: nic takiego się nie wydarzyło. Wręcz przeciwnie, ta praca stworzyła coś w rodzaju membrany, która pomogła mi zaakceptować chorobę. 

Do kogo kierujesz „Darkening”: do osób zmagających się z depresją, żeby podzielić się z nimi wypracowanymi sposobami radzenia sobie w trudnych sytuacjach, czy do tych, którzy nigdy depresji nie doświadczyli?

– Projektując doświadczenie, początkowo nie myślałem o osobach cierpiących na depresję, bo obawiałem się, jak może na nie wpłynąć przechodzenie przez „Darkening”. Czy zanurzenie się w tym świecie nie będzie dla nich bolesne? Okazało się, że nie – wiele osób chorujących na depresję obejrzało mój animowany dokument, a niektóre wyraziły wręcz wdzięczność za podjęcie tego tematu. Najważniejsze, że po obejrzeniu pomyślały: „Nie jestem w tym sam”. Wzięcie w udziału w opowieści, która w nas rezonuje, bo mamy podobne problemy, może być bardzo wzmacniające. Teraz rozmawiamy o możliwości prezentowania „Darkening” w głównym szpitalu psychiatrycznym w Pradze… Mają tam coś w rodzaju centrum gier, w którym nasze doświadczenie VR ma być dostępne dla pacjentów. Ale zakładaliśmy, że odbiorcami „Darkening” będą przede wszystkim osoby, które nie wiedzą, jak to jest żyć z depresją.

Niedawno przeczytałam „Duchy zostają”, memuar Hilary Mantel. Pisarka specjalizująca się w powieściach historycznych wspomina w nim dzieciństwo oraz młodość w cieniu endometriozy i wielu innych problemów. „Już jako dwudziestoczterolatka, nauczona doświadczeniem, wiedziałam, że choćbym nie wiem jak cierpiała – a człowiek przecież cierpi, kiedy go ignorują, lekceważą i upokarzają – nigdy, ale to nigdy nie wolno mi się zbliżyć do psychiatry ani zażyć psychotropu” – napisała. Jej psychiatra, „dr G.”, nie był dobrym specjalistą. Zdiagnozował u niej „stres wywołany nadmierną ambicją”. W swoich wspomnieniach Mantel pisze: „Wierzono wówczas, że to typowa kobieca dolegliwość, tak jak Grecy dawniej wierzyli, że powodem kobiecych niedomagań są wędrówki zbiegłej macicy” [przekład: Martyna Tomczak]. 

– To smutne, że miała takie doświadczenia. Problemy psychiczne to bardzo delikatna sprawa i jeśli nie znajdzie się wrażliwego lekarza, następuje katastrofa. Na szczęście zawsze trafiałem do dobrych specjalistów. Projektując „Darkening”, nie chciałem pokazywać alternatywy dla opieki psychiatrycznej i zniechęcać nikogo do brania leków. Terapia głosem to w moim przypadku uzupełnienie tradycyjnego leczenia. Zawsze powtarzam, że leki pod wieloma względami mnie uratowały. System w większości przypadków działa dobrze. Znam jednak kilka osób, które spotkały złych specjalistów i to je blokowało. 

W jednym z wywiadów powiedziałeś: „Na początku nie planowałem opowiedzenia własnej historii. Wyobrażałem sobie, że wybiorę kilku rozmówców, przeprowadzę z nimi wywiady i poprowadzę projekt, uogólniając ich doświadczenia. Ale okazało się to za trudne – i emocjonalnie, i technicznie. Temat jest bardzo delikatny, bałbym się przeinaczyć to, co dzieje się w czyjejś głowie. Najbezpieczniej było opowiedzieć o sobie. Ta decyzja pozwoliła mi na kontrolowanie, jak bardzo intymny będzie to projekt”. 

– Rzeczywiście, początkowo chciałem wykorzystać w pracy VR opowieści innych osób. Efekt końcowy mógłby się wiele nie różnić, ale byłaby to jednak historia kogoś innego. Głównym powodem, dla którego zrezygnowałem z tego pomysłu, było to, że przechodziłem terapię głosem i bardzo ważne było dla mnie uwzględnienie jej w opowiadanej historii. Chciałem wykorzystać ją w doświadczeniu, a nie znalazłem bohatera, dla którego byłaby ona równie ważna jak dla mnie. Markowanie cudzego doświadczenia nie wchodziło w grę, ponieważ każde przeżycie jest intymne i subiektywne. Dlatego postanowiłem opowiedzieć własną historię. 

Czy uważasz, że wejście w cudze buty jest w ogóle możliwe? 

– Myślę, że tak, ale w tym przypadku po prostu tego nie czułem. Wybrałem formę, która wydała mi się łatwiejsza do zrealizowania. Bazując na własnych doświadczeniach, mogłem wziąć na siebie całą odpowiedzialność za efekt końcowy. 

W „Darkening”, jak w większości memuarów, dorosły rozmawia z młodszym sobą. 

– Tak, to taki dialog, choć akurat w przypadku tej pracy wiele spraw wciąż pozostaje bez zmian. Zazwyczaj w projektowanie takiej sytuacji rozmowy wpisana jest zmiana perspektywy – spoglądając wstecz, człowiek uświadamia sobie, że na wiele problemów patrzy już inaczej. Ja zatrzymałem się w pół drogi – czasami cofam się w przeszłość, by opowiedzieć, jak zaczęła się choroba, czasami obserwuję, co wciąż ze mną robi. 

Opisując wykorzystujące narrację drugoosobową doświadczenia VR, Agnieszka Przybyszewska używa inspirowanego tropologiczną koncepcją podmiotowości Ryszarda Nycza terminu „bohater sylleptyczny”. Chodzi o podmiot jednocześnie cielesny i tekstowy, zewnętrzny i wewnętrzny. Doświadczając „Darkening”, zarazem jesteś sobą, jak i sobą nie jesteś. „Tobą” jest Ondra, ale „Ty” to także użytkownik, osoba zanurzająca się w tym dziele. Dobrze to pokazuje scena, w której odbiorca staje przed lustrem. W odbiciu widzi bohatera, ale kiedy opuszcza wzrok, spogląda na własne dłonie. Zaprojektowałeś sytuację połowicznego ucieleśnienia i niepełnego zanurzenia. 

– Taki był mój zamiar. W większości prac bawię się tą perspektywą. Kiedy projektowaliśmy „Darkening”, niektórzy członkowie naszego zespołu niepokoili się, że perspektywa nie jest do końca jasna i nie wiadomo, kim właściwie jesteś, przechodząc przez to doświadczenie. Brzmiało to jak zarzut, ale dla mnie nie był to problem, tylko zaleta. Tworzę sytuację, w której się roztapiasz: lądujesz w cudzej historii, ale pozostajesz też w swojej własnej. Lubię ten efekt, choć zdaję sobie sprawę, że komplikuje on sprawę. Kiedy w „Darkening” stajesz przed lustrem, widzisz w nim inną osobę, ale kiedy się poruszasz, to odbicie podąża za tobą. Granica pomiędzy podtrzymywaniem iluzji życia czyjąś historią a poczuciem, że to nadal w pewnym sensie twoja opowieść, jest bardzo cienka. Do tego dochodzi głos z offu, czyli moja narracja… Jest wiele aspektów, które dla niektórych mogą być mylące. 

„Darkening” to także historia twojego coming outu. Kiedy widz znajduje się w pokoju, który zajmowałeś jako nastolatek, i rozgląda się dookoła, zwraca uwagę na wiszące na ścianie plakaty filmowe: „Brokeback Mountain” Anga Lee i „Dżihad dla miłości” Parveza Sharmy, dokument o islamie i życiu osób LGBT+. 

– Kino wspiera coming out, pomaga rozpoznać i zaakceptować siebie. Kilka dni temu rozmawiałem z babcią o tym, co mogło być przyczyną mojej depresji. Zasugerowała, że być może mój stan jest mocno związany właśnie z coming outem. Zawsze była bardzo tolerancyjna, co jest zaskakujące, bo pochodzi ze starszego pokolenia. Faktycznie, ujawniłem się w liceum, a więc w czasie, w którym budowałem siebie jako osobę. Byłem wtedy bardzo wrażliwy, a niektórzy koledzy ze szkoły się ze mnie naśmiewali, co nie było miłe. Z dystansu mogę powiedzieć, że miało to istotny wpływ na moje poczucie własnej wartości. Tak, coming out miał znaczenie, ale zawsze myślałem o nim jako o jednej ze składowych ogólniejszego problemu. W scenie, która rozgrywa się w moim dziecinnym pokoju, jestem dość lakoniczny. Nie opowiadam za dużo o przyczynach problemów psychicznych. Wspominam o coming oucie, ale także o kłopotach rodzinnych. To do nich zawsze przywiązywałem większą wagę. 

Za drzwiami trwa kłótnia między rodzicami. 

– To zabawne, że wiele osób myśli, że kłócą się moi rodzice. Dla wymowy pracy nie ma to większego znaczenia, ale konflikty wybuchały pomiędzy moim ojcem i bratem. Brat też miał – i nadal ma – problemy ze zdrowiem psychicznym. Przysparzał rodzicom wielu problemów, więc skupiali na nim całą uwagę. Radzenie sobie z sytuacją rodzinną było dla mnie chyba trudniejsze i ważniejsze, niż coming out. Ale kto wie? Nawet po siedemnastu latach terapii wciąż nie potrafię odkryć prawdziwej przyczyny. 

W jednym z wywiadów nazwałeś „Darkening” animowanym dokumentem. Czy animacja może być uznana za rodzaj dokumentu? Czy sposób wizualizacji twojego życia w „Darkening” odpowiada rzeczywistości? W pracy jest przecież wiele metafor: walące się domy, czerwony szalik, potwór. 

– „Animowany dokument” to podejrzana etykieta gatunkowa. Przecież rysunki i animacja to wynik kreacji. Zadałbym jednak kluczowe pytanie: czym właściwie jest „dokument”? Czysty obiektywizm nie istnieje, nie da się osiągnąć nawet jego iluzji. Tworząc animowany dokument, podejmujemy raczej próbę oddania esencji rzeczywistego wydarzenia. Ważne jest przedstawienie sytuacji w sposób kreatywny. W „Darkening” zostawiłem swoją autorską sygnaturę: głos. To on ustanawia dokumentalność tego doświadczenia, opowiadam przecież własną historię. Rozważaliśmy zatrudnienie profesjonalnego lektora, ale postanowiłem zachować ten wyraźny autobiograficzny trop. 

Świat przedstawiony w „Darkening” jest efektem artystycznej kreacji. Właściwie cała wioska, w której rozpoczyna się opowieść, staje się metaforą. Tylko jeden z budynków przypomina mój rodzinny dom. Kiedy pod koniec pracy wioska się rozjaśnia, staje się mi w jakiś sposób bliska, czuję się w niej komfortowo. Ten obraz jest konsekwencją moich przemyśleń na temat teorii bezpiecznej przestrzeni [fantazmatycznego miejsca, w którym pacjenci mogą czuć się bezpiecznie]. W procesie terapii wykorzystuje się ćwiczenia pozwalające na odnalezienie takiej komfortowej, umożliwiającej zrelaksowanie się, przestrzeni w umyśle. Wykorzystałem ten trop w pracy. 

Projektując „Darkening”, dużo czasu spędziliśmy na próbach zrekonstruowania mojego nastoletniego pokoju. Chciałem, żeby wyglądał dokładnie tak, jak w domu moich rodziców. Kiedy odbiorca się w nim pojawia, dostrzega dziwny telewizor. Miałem dokładnie taki sam. Nie działał, ale zostawiłem go w charakterze rekwizytu. Został narysowany w nieco hipisowskim stylu. Niektóre scenerie są wymyślone, na przykład las. Wzorowałem go na miejscu znajdującym się w okolicy mojego obecnego mieszkania, nie na lesie, w którym rozgrywały się wydarzenia przedstawianie w „Darkening”. Szczerze mówiąc, nie pamiętam za dobrze tamtego lasu. Ale to nie ma większego znaczenia; chciałem po prostu stworzyć bezpieczną przestrzeń. Prezentuję trudne, autentyczne przeżycia, ale ich wizualna reprezentacja i sceneria – drzewo, lustro czy miejsce narodzin demona – w mniejszym lub większym stopniu odpowiada rzeczywistości. Na przykład drzewo zapamiętałem bardzo dobrze, wyglądało prawie tak, jak w animacji. 

Podsuwasz odbiorcom popkulturowe skojarzenia. Na przykład uniwersytet wygląda jak Hogwart z „Harry’ego Pottera”. 

– Tak, scenografia tej części opowieści miała przypominać bibliotekę w Hogwarcie. Na koniec zdecydowaliśmy się na nieco inne oświetlenie, ale źródło inspiracji pozostało czytelne. Uwielbiam „Harry'ego Pottera”. Osadzając wspomnienia o traumatycznych przeżyciach w bliskim mi wizualnie otoczeniu, ułatwiam sobie powrót do scen z przeszłości. Widz natomiast otrzymuje wgląd w mój świat wewnętrzny. 

Wspomniałeś, że twój głos jest rodzajem autorskiej sygnatury, podkreślającym autentyzm podpisem. „Darkening” ma trzy wersje językowe: czeską, angielską i niemiecką.

 – Od niedawna również chińską i koreańską. 

Wszystkie wersje językowe są czytane przez ciebie?

– Nie, tylko czeska i angielska. W pozostałych przypadkach zdecydowaliśmy się zatrudnić aktorów. Lektorów wybrali nasi partnerzy, a ja nawet nie reżyserowałem tego czytania. 

Uprzedziłeś moje pytanie o prowadzenie odbiorcy głosem, wspominając o ważnej roli terapii oddechowej. Powiedz, proszę, o niej więcej.  

 – Zaczęło się od fascynacji wyścigami konnymi. Zacząłem na nie chodzić, dopingowałem konie i zauważyłem, że ten rodzaj ekspresji dobrze na mnie wpływa. Początkowo nie byłem zbyt głośny, teraz pewnie krzyczę odważniej, ale to było jedyne miejsce, w którym mogłem naprawdę się otworzyć. Odkryłem, że krzyk działa wyzwalająco i łagodzi napięcia. Tak trafiłem na terapię głosową. Regularnie biorę udział w sesjach, już od siedmiu lat. Bardzo lubię tę przestrzeń. Zbieramy się w 10-15 osób, zaczynamy od wspólnej wokalizy sylab i wskazywania, skąd wydobywa się dźwięk: z brzucha, klatki piersiowej czy gardła. Po ćwiczeniach z terapeutą przechodzimy do śpiewania piosenek, pozwalających na wyrażenie różnych stanów emocjonalnych. Dojrzewam do decyzji o zmianie terapeutki. Może pracując z inną osobą odkryję coś nowego?

Praca głosem była dla mnie najtrudniejszym elementem doświadczenia „Darkening”. Wprawdzie oglądałam tę pracę w Narodowym Muzeum Filmu w Pradze i na szczęście nikt mi nie towarzyszył, ale i tak konieczność pokrzykiwania odbierałam jako niekomfortową. 

– Są dwa możliwe scenariusze. Niektórzy obawiają się wydawania dźwięków, ale obecność innych osób, które też pracują głosem, jest dla nich wparciem. Jeśli wszyscy wokół zachowują się dziwnie, nietypowe działanie staje się społecznie dozwolone. Grupa działa jak ochronny filtr, pojawia się ulga. Są tacy, którzy wolą doświadczać na osobności. Może się też zdarzyć, że odbiorca „Darkening” nie potrafi się przełamać i milczy. To też jest w porządku – przejście przez doświadczenie bez używania głosu jest możliwe. Instalacja, którą widziałaś w muzeum w Pradze, powinna dać ci poczucie bezpieczeństwa. Sznurki, które zwisają z sufitu, tworzą iluzję odgrodzenia od innych użytkowników. 

„Darkening” jest wyzwaniem. Przyjaciółka, która jest bardzo nieśmiała, powiedziała mi, że doświadczanie tej pracy było dla niej torturą. 

W trakcie ubiegłorocznej edycji ART VR [Festiwalu Wirtualnej Rzeczywistości i Sztuki Immersyjnej w Pradze] odwiedziłam wystawę „Perspektywy więcej niż ludzkie”. Jej częścią było doświadczenie o nazwie „EchoVision” [2024, kolektyw autorski: Botao Amber Hu, Jiabao Li, Danlin Huang, Jianan Johanna Liu, Xiaobo Aaron Hu i Yilan Elan Tao]. Musiałam paradować w masce nietoperza i wydawać dziwne dźwięki, aby technologia symulowała echolokację. Udawanie nietoperza w towarzystwie obcych osób – to dopiero była tortura. 

Co sądzisz o tej instalacji w Narodowym Muzeum Filmu w Pradze? Mnie się bardzo podoba to, że jest taka zmysłowa: wyciągając dłoń, dotykasz sznurków. Przygotowali ją Magdalena Nováková, Michal Kreidl, Martin Černý, Jakub Jiřiště, Adéla Mrázová i cały zespół NaFilM. Czy konsultowali to z tobą? 

– Instalacja z czarnych sznurków świetnie koresponduje z tym, co dzieje się w goglach. Jakby siedziało się w ciemności. Bardzo lubię ten efekt. Zespół NaFilM miał z tym sporo pracy, bo robili to sami i godzinami cięli sznurki… Towarzyszyłem im w tym działaniu, byli bliscy szaleństwa. Na szczęście, użyli głosu, żeby pozbyć się frustracji [śmiech]. 

Instalacja jest haptyczna. Próbując złapać odlatujący czerwony szalik, chwytasz za sznurki… Jakie jest symboliczne znaczenie czerwonego szalika? 

– To akurat nie jest autobiograficzny konkret, nie miałem takiego szalika, kiedy byłem mały. 

Kiedy pokazywałem „Darkening” na festiwalu w Wenecji, podeszła do mnie jakaś pani i powiedziała, że ​​nigdy nie kojarzyła depresji z kolorem czerwonym, dla niej depresja jest szara. Czerwony to gniew, który mieszka w człowieku. Bardzo trudno się go pozbyć.

To również kolor krwi. 

– Tak, w scenie w lesie pojawia się symbol krwi. Ale w „Darkening” wykorzystuję czerwień wielokrotnie: taki kolor ma strój dżokeja biorącego udział w wyścigach konnych, to barwa listów, pojawiających się w bibliotece. Chciałem, żeby te akcenty przywoływały na myśl jakąś ukrytą tajemnicę, może właśnie tlący się, ukryty gniew. Myślę, że depresja jest najczęściej spowodowana gniewem, którego człowiek nie zdołał zaakceptować. Szalik to czerwona linia. 

Ale można się nim otulić. Sprawić, że poczujesz się komfortowo.

– Dlatego w ostatniej scenie szalik unosi się wokół ciebie, a potem zasłania ci oczy. Próbowałem oddać w ten sposób scenę samoakceptacji. 

Morał: musisz zaakceptować siebie takim, jakim jesteś… Wróćmy do głosu. W jednym z wywiadów powiedziałeś, że zauważyłeś różne reakcje, w zależności od kraju: „Na Festiwalu Filmowym w Wenecji ludzie byli bardziej aktywni i otwarci. Włosi nie boją się krzyczeć. W Szwajcarii [na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Genewie] panowała całkowita cisza. Również w Czechach ludzie niechętnie wydawali dźwięki”. 

– Może to stereotypowa obserwacja, bo sugeruje, że narodowości mają jakieś cechy wspólne… Sytuacja w Szwajcarii wynikała nie tylko z charakteru użytkowników, ale też ze sposobu aranżacji. Brakowało ścianek i odbiorcy czuli się odkryci. Wielu Koreańczyków wydało mi się nieśmiałych, ale to tylko moja obserwacja. 

Opowiedz mi, proszę, o komentarzach od odbiorców. Jakimi przemyśleniami się z tobą dzielono po doświadczeniu „Darkening”? Wiem, że współpracujecie ze szkołami, które nie tylko umożliwiły uczniom obejrzenie pracy VR, ale też organizowały towarzyszące projekcji spotkania z terapeutami. 

– Mieliśmy kilka grantów na pokazy szkolne, ale już się skończyły, więc chwilowo tego nie robimy. To było wspaniałe doświadczenie. Program realizowany był na dwa sposoby. W pierwszym przypadku uczniowie spotykali się w galerii sztuki, w której wystawiano „Darkening”. Mieliśmy tam piętnaście zestawów słuchawkowych. Szaleństwo – dzieci w ogóle się nie hamowały, doświadczając sceny z wyścigami konnymi były bardzo głośne. To oczywiście wynika też z tego, że dobrze się znały i nie wstydziły się swojej ekspresji. Oczywiście nie uniknęliśmy problemów. Niektóre wyjątkowo wrażliwe dzieci musiały w pewnym momencie odłożyć gogle, a wtedy zajmowaliśmy się nimi razem z nauczycielem.

Zdarzało się też, że jeździliśmy do szkół z naszym mobilnym kinem. Mieliśmy kilka takich wycieczek po Czechach, zapotrzebowanie zgłaszano też w Holandii i Francji, ale nie wiem, jak to się skończyło. Reakcje były różne. Rozdawaliśmy pocztówki, na których dzieci dzieliły się swoimi spostrzeżeniami. Mam kilka w biurze, czasem czytam: „Świetnie. Trzymajcie się i róbcie to, co robicie, a będzie dobrze!”. Albo: „To było takie wzruszające. Uwielbiałam krzyczeć »Ready, go, go!!« [Ready to imię konia, którego trzeba dopingować]. Aż sama chciałam to sobie powtarzać”. Przeważnie reakcje były miłe: dzieci cieszyły się, że mogą porozmawiać o tym problemie. Kiedy chodziłem do szkoły, nie miałem takiej możliwości. Oczywiście niektórzy uczniowie nie zwracały na „Darkening” większej uwagi, bo potraktowały to doświadczenie jako realizację programu szkolnego. 

Czy „Darkening” doświadczyli też uczniowie z depresją? 

– Tak, współpracowaliśmy ze studentami psychologii. Jeśli któreś dziecko zdejmowało zestaw słuchawkowy i zgłaszało, że źle się czuje, byli tam, żeby zareagować i pomóc. W doświadczeniu brali udział również psychologowie szkolni. Oni także informowali nas, jeśli jakieś dziecko miało problem z emocjami. Uprzedzaliśmy, że każdy może obejrzeć „Darkening”, ale nikt nie musi tego robić. Zdarzało się, że nauczyciele sugerowali, że w przypadku niektórych uczniów byłoby to niewskazane. 

Zapytałam o to, ponieważ VR jest często nazywany „maszyną empatii”, ale istnieją również badania dotyczące retraumatyzacji podczas doświadczania prac VR. 

– Moja psychiatra właśnie dlatego nie była zachwycona tym, że ​​pracuję nad „Darkening”. Ostatecznie nic złego się nie wydarzyło, ale musieliśmy przerobić scenę próby samobójczej, bo była dla mnie traumatyczna (i myślę, że dla innych też). 

Zawsze informujemy potencjalnych widzów, że jeśli mają doświadczenia z depresją i czują, że oglądanie „Darkening” może na nich źle wpłynąć, to lepiej odpuścić. Pamiętam dziewczynę, która bardzo chciała obejrzeć „Darkening”, chociaż nauczycielka powiedziała, że ​​to nie będzie dla niej dobre. Zapewniliśmy ją, że decyzja należy do niej, ale uprzedziliśmy, że może być trudno. Ostatecznie przerwała doświadczenie po kilku minutach. Granica pomiędzy budowaniem empatii a przywoływaniem traumatycznych wspomnień jest cienka. Staraliśmy się zaoferować widzowi pomocną dłoń w postaci głosu. Prowadzona przez mnie narracja ma pomóc pozbyć się trudnych emocji, a historia kończy się pozytywnie, więc mam nadzieję, że nikogo nie straumatyzowaliśmy. 

Potwór depresji wygląda pajęczo. 

– Początkowo miał przypominać istotę kojarzącą się z pająkiem i ośmiornicą…

Ośmiornica to bardzo sympatyczne i inteligentne stworzenie! 

– Oczywiście, ale bywa też doskonałym wojownikiem i działa z ukrycia. Chcieliśmy pokazać stworzenie z wieloma mackami, które mogą z łatwością cię dosięgnąć i pochwycić, a może nawet wchłonąć. Inspirowałem się dementorem z „Harry'ego Pottera”. Zanim zrealizowałem „Darkening”, nie próbowałem wizualizować swojego demona. Dziś, kiedy jestem w kiepskim stanie umysłu, wyobrażam sobie chorobę dokładnie tak, jak ją zwizualizowałem na potrzeby doświadczenia VR. Nadanie ciemności kształtu ma działanie terapeutyczne.

Widziałeś finał serialu „Stranger Things”? 

– Tak! 

Zauważyłeś podobieństwa? Vecna ​​też ma liczne odnóża, żywi się wstydem i strachem. Jeden z bohaterów dokonuje coming outu… 

– Tworząc „Darkening”, nie znałem „Stranger Things”, więc nie można mówić o inspiracji, ale podobieństw faktycznie jest sporo. W serialu jest na przykład dużo czerwieni, tak jak w „Darkening”… Są nieświadomym rodzeństwem (śmiech). 

Zapytałam o ośmiornicę, ponieważ generalnie w „Darkening” natura jest pozytywna i wspierająca. Daje ukojenie. 

– W procesie terapeutycznym wielu osób pełni nawet ważniejszą funkcję, niż w moim. Mnóstwo osób z problemami psychicznymi mówi, że odzyskuje równowagę i regeneruje się, obcując z naturą. Dla mnie taką rolę pełni woda, co jest ciekawe, ponieważ w „Darkening” akurat prawie jej nie ma – poza fontanną, na którą się uparłem właśnie z tego powodu. 

Bohater „Darkening” jest rozmazanym, kruchym, rozpadającym się kształtem. Dlaczego? 

– Chcieliśmy stworzyć abstrakcyjną postać, w którą każdy może się wcielić. Mimo uniwersalizacji, nadal trochę przypomina mnie: ma na przykład kręcone włosy. Takie same miałem jako dziecko. Ta mgławicowa postać ma tworzyć przejście między „ty” a „ja”. 

Czy mieliście jakieś problemy techniczne podczas tworzenia „Darkening”? 

– Najtrudniejsze było stworzenie finałowej sceny. Dzieje się tam wiele rzeczy, a ostatecznie zawalona wioska się odbudowuje. Trudno było skoordynować wszystkie rozproszone fragmenty, aby płynnie ze sobą współgrały. Oczywiście wyzwaniem było również sterowanie głosem. Tym większe, że nieustannie zastanawialiśmy się nad intensywnością dźwięków i dawaniem użytkownikowi swobody. W drugiej części doświadczenia należało powiedzieć „szszszsz” i system często tego dźwięku nie rozpoznawał. Żeby rozwiązać problem, daliśmy odbiorcy możliwość powiedzenia słowa „cisza”. 

W środowisku VR nie da się stworzyć obrazu tak szczegółowego wizualnie, jak byśmy chcieli, ponieważ wymaga to wykorzystania dużej ilości pamięci. Musieliśmy wypracować akceptowalne kompromisy. Z początku rysunki miały być bardziej przejrzyste, kojarzyć się z malowanymi pędzlem. Zrobiliśmy to w prototypie, który wyglądał zupełnie inaczej niż finalny produkt, ale potem okazało się, że to za duże obciążenie dla urządzenia. 

Czy twoja rodzina widziała „Darkening”? 

– Brat i ojciec. Mama nie. Powiedziała, że byłoby to dla niej za trudne. 

Po „Darkening” stworzyłeś dwa doświadczenia VR podejmujące temat wojny w Ukrainie: „Fresh Memories: The Look” (2023) o Charkowie i „Fragile Home” (2024). Czy uważasz te prace za przykład dziennikarstwa immersyjnego? 

– Nie, ponieważ dziennikarstwo dla mnie to przede wszystkim informacja, a oba doświadczenia zrealizowane w Ukrainie stawiają na emocje. W pierwszej części tego projektu proponuję odbiorcy spojrzenie na świat oczami Ukraińców. W drugiej podejmuję temat domu. 

Widziałem projekt „You Destroy. We Create”, zrealizowany przez niemieckie studio [dokument VR „The War on Ukraine’s Culture”, reż. Felix Gaedtke i Gayatri Parameswaran. Twórcy informują, że praca „zabiera widza w 25-minutową, immersyjną podróż przez ogarnięty wojną kraj, w którym artyści i profesjonaliści ze świata kultury zajmują się ochroną, odbudową i tworzeniem sztuki”]. Dla mnie to jest doskonały przykład dziennikarstwa immersyjnego. Kiedy rozpoczął się boom na wirtualną rzeczywistość, platformy dziennikarskie, np. „Guardian” czy „New York Times”, uruchomiły własne serwisy VR. Natomiast nasze ukraińskie projekty nie są ukierunkowane na informowanie. 

Dlaczego zdecydowaliście się tak szybko i spontanicznie zareagować na wybuch pełnoskalowej wojny w Ukrainie? 

– Kiedy wybuchła wojna, chcieliśmy wesprzeć Ukraińców, dając im pracę, ale też pokazać światu, co dzieje się w ich kraju. Czechy były okupowane przez Rosjan w latach 60., 70. i 80., więc rosyjski imperializm to dla nas drażliwy temat. Uznałem, że dobrze byłoby stworzyć dokument VR o wojnie w Ukrainie, również z tego powodu. 

Czym różni się pierwsza część od drugiej? 

– Pierwsza część powstała ekspresowo, nakręciliśmy film w ciągu trzech dni, pod Charkowem. Zależało nam na zebraniu autentycznego materiału wizualnego, nakręconego kamerą 360 stopni. Zainspirował nas projekt Mariny Abramović „The Artist is Present”, w którym performerka patrzyła w oczy drugiej osoby, tworząc więź emocjonalną. Postanowiliśmy poeksperymentować z tym pomysłem w środowisku VR i w kontekście Ukrainy. Chodziło więc bardziej o relacje między osobami a ich otoczeniem, ale przede wszystkim powstała praca o ludziach. Druga część, „Fragile Home”, wiązała się z przestrzenią i została zrealizowana w rzeczywistości mieszanej (MR). Zależało nam na stworzeniu iluzji, że twoje mieszkanie przekształca się w ukraiński dom. Nie jakiś konkretny, raczej sprawiający „ukraińskie” wrażenie. Celem jest uświadomienie ci, że ​​to, co dzieje się na Ukrainie, mogłoby wydarzyć się również w twoim własnym domu. 

Czy powstanie część trzecia? 

– Nie, pracuję już nad czymś innym. Mamy dwa projekty, oba związane ze zdrowiem psychicznym. Pierwszy nosi tytuł „Melodies of Resilience” i dotyczy tremy i lęku przed występem. To opowieść o ptaszku, który nie potrafi śpiewać. Zakochał się w pianinie, ale jest zbyt zdenerwowany, by wystąpić publicznie. Wyruszamy z nim w podróż, aby pomóc mu przezwyciężyć tremę. Inspiracją jest historia mojego stryja Ivana Moravca, znanego pianisty, który zmagał się z tego typu problemami. Trzymajcie kciuki! W tym miesiącu dowiemy się, czy udało nam się zdobyć fundusze na produkcję. 

Drugi projekt, zatytułowany „What a Water Took”, to immersyjna instalacja w rzeczywistości mieszanej o nieszczęśliwej miłości. Wykorzystujemy czeskie pieśni ludowe i wodę, która sprzyja pozbyciu się urazów i ma działanie terapeutyczne. Przygotowaliśmy już prototyp i mamy nadzieję, że w przyszłym roku zaprosimy na światową premierę.